WCIĄŻ ZAGUBIONY
Mój pierwszy kontakt z serialem Lost nie należał do najbardziej powalających chwil w moim życiu. Kiedy w internecie krążył już ogrom informacji o nowym, rewolucyjnym zjawisku telewizyjnym, ja niczego nie świadomy zastanawiałem się o co do cholery chodzi? Niby to serial katastroficzny, a po lesie grasuje siakiś potwór. I dlaczego do jasnej ciasnej puszczano dwa odcinki pod rząd? Dla mojej kruchej psychiki było to trochę za wiele, dlatego czwartkowe wieczory postanowiłem spożytkować pijąc piwo i integrując się ze znajomymi na roku. To pierwsze już mnie tak nie bawi, a drugie udało się z różnymi skutkami. Z kolei nic nie wskazuje jak na razie na rychłe pożegnanie z Lostem. Ironia losu?

8 Jun 2008
LASTFM'OWO, POST-METALOWO, PROGRESYWNIE
* Z góry uprzedzam, że tekst ten przepełniony jest treściami pirackimi.*
Natury nie da się zmienić - posiadam tylko jedną parę uszu, a kartki w kalendarzu bezlitośnie zbliżają mnie do premier kolejnych ciekawych płyt. Siłą rzeczy kilkunastu albumów po prostu nigdy nie przesłucham w całości. Pośrednim sprawcą nadmiernego przyrostu mp3-jek na twardym dysku jest serwis Last.fm. Wynalazek ten do najmłodszych nie należy, ale jak już nie raz wspominałem, to co popularne dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. Tak więc kiedy inni postanowili pożegnać się z witryną i wcisnąć magiczny przycisk "delete account", ja (chociaż z początku pesymistycznie nastawiony) rozpocząłem interesującą podróż po Last. Dobrodziejstw stronka posiada co nie miara, aby jednak nie zanudzać wspomnę jedynie o dwóch dla mnie najważniejszych: odnajdywanie podobnych stylistycznie wykonawców oraz możliwość wglądu do odsłuchiwanej przez innych użytkowników muzyki. I w tym momencie pojawia się oczywisty wniosek. Wspomniane wyżej cechy serwisu nie brzmią w najmniejszym stopniu jak otwarta krytyka. To jedynie człowiek źle wykorzystując dane narzędzie pomocy może przynieść szkodę sobie samemu. Co by jednak nie mówić, pewne tytuły zdołały na stałe wejść do moich ulubionych. I o tym zasadniczo miał być właśnie ten tekst. Niestety znów dała o sobie znać moja tendencja do odbiegania od tematu. Dlatego jeżeli ktoś jeszcze ma siłę zagłębić się w dalszą treść (a raczej jego końcówkę) to gorąco zapraszam. Obiecuję nie dać się zwieść ponownie temu złośliwemu chochlikowi w mojej głowie.
No więc cóż ja takiego ciekawego słucham? Dużo ostatnio u mnie post-metalu. Do zainteresowania się tym nurtem skłoniły mnie pochlebne słowa o najnowszej płycie Neurosis z ust mojego kolegi. Mimo, iż nie przyjęła się na długo w moich głośnikach, za sprawą wspomnianej wyżej opcji oferowanej przez L-fm dotarłem do takich kapel jak Callisto, Jesu, The Ocean, czy też znakomitej Cult of Luna. Natomiast słuchany na długo przed tym Isis pozwolił mi bezboleśnie wejść w klimat post-metalowego grania. Nie zapomniałem również o moim ukochanym progresywnym rocku/metalu. Gdyby nie internet prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym chociażby o takim Pitbulls In The Nursery. Jest to kawał cholernie dobrego technicznego death metalu, którego dźwięki budzą skojarzenia z legendarnym Death (moim skromnym zdaniem rzeczywiście można się dopatrzyć pewnych podobieństw). A co powiecie na taki twór jak Between The Buried And Me? Dla mnie jest to wręcz cudaczne połączenie progcoru z echami twórczości młodzieżowego rocka i sztandarowego progresu, które o dziwo znakomicie sprawdza się w praktyce. Radość grania i młodzieńczy wigor jednym słowem. Na koniec chciałbym wspomnieć o dwóch pozycjach, które ugasiły nieco gorycz związaną z rozczarowaniem moimi dwiema ulubionymi formacjami. Pierwsza z nich to Porupine Tree. Banda Wilsona nagrała album przyzwoity (mowa o Fear of a Blank Planet), zwarty i konkretny. Momentami zaskakująco ciężki i na swój sposób innowacyjny. Szkoda jednak, że nie zdołał wywrzeć na mnie takiego wrażenia jak poprzednie krążki, do których wracam z o wiele większą aprobatą. Najnowszy album No Man (dla niewtajemniczonych - w nim również zasiada uzdolniony Mr Wilson) w pełni mi to zrekompensował. Podobną ulgę przyniosła EPka Bloodbath - Unblessing The Purity. Grupa ta za wiele wspólnego z twórczością Opeth nie ma. Wspólnym mianownikiem spinającym oba projekty, są muzycy Martin Axenrot oraz Mikael Åkerfeldt. Opeth - Watershed do najcięższych albumów nie należy, natomiast Bloodbath pokazało, iż Akerfeldt pamięta jeszcze co to znaczy porządnie przygrzmocić. Uff... strasznie wymęczyło mnie to pisanie. Nie obrazicie się, że zakończę te dywagacje bez wytrawnej puenty? Dodam jedynie, że do omówienia jest jeszcze masa projektów muzycznych. Przy nadarzającej się sposobności napiszę o nich w jakimś ambitniejszym tekście.
Narka :)
7 Jun 2008
SAMO ŻYCIE OKIEM KAMERY
22 Mar 2008
NASZA KLASA - PRZEMYŚLEŃ CIĄG DALSZY
Miesiąc temu całkiem porządnie dostało mi się w internecie z powodu mojego poprzedniego wpisu. Długa przerwa w pisaniu nie była jednak spowodowana traumą, lecz banalnym w swej prostocie brakiem weny, znudzeniem, zdezorientowaniem i lenistwem. Musicie też wiedzieć, że ostatnio przetaczam się przez ulice w nadziei na jak najszybszy koniec zimy. Nienawidzę tej pory roku. Niechęć tą potęguje fakt, iż natura nie uraczyła nas w tym sezonie widokiem pokrywającego wszystko białego śniegu. Całkiem dobrze wywiązała się zaś z kwestii mrozu i wiatru. Dosłownie nie mogę doczekać się chwili, kiedy zrzucę z siebie ciężką kurtkę. Zanim to jednak nastąpi muszę jeszcze trochę pognić w domu, w międzyczasie wyskakując do jakiegoś pubu lub spijając tanie wino z dala od ludzkich oczu. Dużo zabawy dostarcza mi również szukanie nowych znajomości na Naszej klasie. Na początku myślałem, że nie znajdę w tym serwisie cech, które mogłyby na dłużej przykuć moją uwagę. Stała się natomiast rzecz odwrotna i niezamierzona.
Nasza klasa zdołała skupić wokół siebie zainteresowanie nie tylko absolwentów polskich szkół. Przebiła się bowiem na nowy, nieoświatowy poziom, aby zaraz potem złamać bariery czasu i przestrzeni, wykrzywić rzeczywistość i pozwolić fantazyjnym światom dostać się do szarej, polskiej strefy. Tym oto sposobem w moich kontaktach znalazły się postaci wybitne, gwiazdy ekranu oraz bohaterowie, którzy wcześniej zamieszkiwali jedynie kreskówki oraz baśnie opowiadane do snu. Pozwólcie, że podziele się z Wami tym doświadczeniem. Oto zbiór najbardziej charakterystycznych i nieszablonowych osobistości w mojej liście znajomych:




He-Man: Książe Eterni. Jeden z najpotężniejszych ludzi we wszechświecie. Jest strażnikiem Posępnego Czerepu. W wolnych od heroicznych obowiązków chwilach odwiedza Naszą klasę.
Bobek: Niesforny mieszkaniec Doliny Muminków. Zawsze pojawia się tam, gdzie jest najmniej potrzebny. Wścibski i upierdliwy. Ten mały psotnik na chwilę obecną ma już 910 znajomych.
Pszczółka Maja: Któż nie słyszał o tej dzielnej, małej istotce, niepozornie fruwającej w rytm piosenki śpiewanej przez Wodeckiego? No oczywiście, że nikt. Rekordzistka - 3163 kontakty. Świadczy to jedynie o niesłabnącej z naszej strony miłości do niej.
Gizmo Gremlin: Tego stworka natomiast darzę ogromnym szacunkiem. Nie dość, że facet ma świetne poczucie humoru, to w dodatku pamięta, że wieczorem nie ma co się opychać jedzeniem. W przeciwnym wypadku grozi to mutacjami fizycznymi oraz psychozą maniakalną.
Claire Bennet: Słynna czirliderka o mocy regeneracji. Co tu dużo mówić? Dziewczyna ze snów. Jest piękna, mądra i utalentowana. Aż dziw bierze, że przyjęła mnie do grona swoich internetowych przyjaciół.
Buka: ... z nią sprawa przedstawia się nieco bardziej skomplikowanie. Mimo moich usilnych starań, wciąż nie mam jej w swojej liście znajomych. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się skruszyć lody - dosłownie i w przenośni.
Na dzisiaj to już tyle. Do zobaczenia w następnym, niezwykle inspirującym i fascynującym felietonie.
Majter

4 Mar 2008
STUDENTIX PRZEGRYWA Z NASZĄ SZKAPĄ
Ciekawe zjawisko daje się odnotować ostatnio w internecie. O tym, że wszyscy siedzą już na Naszej-klasie nie trzeba chyba nikomu przypominać. Czy zauważyli jednak państwo wpływ tego medialnego giganta na swoich mniej popularnych braci? Czasem takie zależności widać niemal gołym okiem. W trakcie trzymiesięcznego strajku amerykańskich scenarzystów podskoczyło przykładowo zainteresowanie grami komputerowymi, ogromnym powodzeniem cieszył się również i tak już niezwykle popularny serwis Youtube. Natomiast nasza-szkapa znokautowała całkowicie jedną z moich ulubionych społeczności sieciowych - Studentix. Zapewniam, że nie jestem ich człowiekiem, a jedyną rzeczą łączącą mnie z tym serwisem jest założone tam konto. Co by jednak nie mówić o tego typu wynalazkach, Studentix należał do tych bardziej udanych i miał to, czego brakuje większości - klasę (całe szczęście nie tylko w pasku adresu).
Autorom NK'i wyraźnie brakuje pomysłu na serwis, którego ułomności, są coraz bardziej dostrzegalne. Powolny serwer, brak przejrzystego menu oraz elastycznego inerfejsu to jedynie fizyczne przykłady. Co natomiast dzieje się, gdy w grę wchodzi etyka i kwestia dobrego smaku? Dlaczego nikt nie pomyślał jeszcze o tym, aby zaskarżyć serwis o łamanie praw o ochronie danych osobowych? Przecież nie każdy życzy sobie, aby jego zdjęcie pojawiało się w wirtualnej odpowiedniku dziennika szkolnego. A co z nauczycielami będącymi nieustannie na ustach userów tamtejszego forum? Co niektórzy dostaliby zawału na widok materiałów pojawiających się na ich temat. Nie żebym sam się nie wyśmiewał, ale stawia to jedynie NK jako internetowe zjawisko w niezbyt przychylnym świetle. Studentix posiadał opcję ograniczonego dostępu do własnego konta oraz zamknięte grupy dyskusyjne. Idealne rozwiązanie dla wprowadzenia ogólnej kultury wypowiedzi i swobody poglądów bez zniesmaczenia dla pozostałych userów. Ale czy na podobnej zasadzie nie działają prawdziwe fora? Z mojej wypowiedzi pochopnie można wysnuć wniosek, iż powinno się zapieczętować hasłem każdą grupę dyskusyjną osobom z zewnątrz. Nic bardziej mylnego. Jeżeli jednak rozpatrujemy to w odniesieniu do społeczności internetowych, to coś tu chyba jest nie tak. Wiąże się z tym jeszcze jedna, najbardziej wkurzająca cecha NK. Jeżeli chociaż raz wejdę w podforum o tematyce dajmy na to zoofilskiej (ahhh ta jurna szkapa [sic!] ) w celach typowo humorystycznych, to w tablicy mojego profilu widnieje widoczna jak byk informacja o mojej przynależności do owego forum amatorów zwierzęcych krągłości. W przypadku Studentixa istniała możliwość dowolnego opuszczenia grupy po zapoznaniu się z treścią bez jakiegokolwiek śladu swojej tam obecności.
Na koniec wspomnę o hipokryzji, jaka wylewa się z tego miejsca. Owczy pęd ku osiągnięciu milionowej liczby przyjaciół przysłonił początkowe idee. Bez wątpienia jest to fajna zabawa, a możliwość odszukania starych znajomych oraz odświeżenia kontaktów stanowi ekscytujący element tej rozrywki. Niektórymi zabawkami trzeba jednak umieć się bawić.
Majter

28 Jan 2008
JAK OTWORZYĆ WINO BEZ USZCZERBKU NA ZDROWIU?
Lifehack to ogólna nazwa sposobów i trików używanych do ułatwiania sobie życia. W szczególności są to pomysły programistów, którzy próbują przenosić idee i koncepcje informatyczne na codzienne życie.
żródło: Wikipedia
Minęło już trochę czasu od kiedy moje usta ostatni raz nawilżone zostały napojem winopodobnym. Kącik alkoholowy leżał odłogiem, a piękna idea zapoznawania czytelników z walorami jabola popadała w zapomnienie. Do odświeżenia tematu zainspirował mnie post kolegi na jednym z lokalnych for metalowych. Ubolewał on nad faktem, iż podczas otwierania wina stracił pół zęba. Przypomniała mi się podobna sytuacja z udziałem przyjaciela. Byliśmy wtedy strasznie wstawieni, a stan ten niewiele pomagał w dobraniu się do trunku zapieczętowanego tzw. "chujowym, plastikowym korkiem". Jest on wyjątkowo nieporęczny ze względu na mocne przywieranie do powierzchni szklanej ścianki. Śliskie palce oraz upojenie alkoholowe uniemożliwiają zatem otwarcie go. Jednym skutecznym sposobem jest w takiej sytuacji skożystanie z własnego uzębienia. Co jednak zrobić kiedy mamy słabe szkliwo, albo po prostu boimy się, że stracimy wszystkie jedynki?

Sytuacja zazwyczaj wygląda następująco. Jesteś pijany. Próbujesz otworzyć wino kręcąc korkiem w kierunku wskazówek zegara. Jak nie trudno się domyślić - bezskutecznie. Powtarzasz zatem ten sam zabieg tyle, że w przeciwną stronę. Dupa. Korek jest porządnie przekręcony. Chwytasz go zębami. AŁA! Nie ma zęba.
Schemat wyraźnie pokazuje, iż siła mająca służyć nam do oderwania tworzywa przeciwstawia się i ciągnie wraz z nim zębiska:

Warto dodać, iż niewprawiony konsument pozostawia w korku wypustki, jeszcze bardziej przytwierdzające plastik do szkła. Sytuacja wydaje się zatem być bez wyjścia. NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Sprawdź czy masz pod ręką zapalniczkę. Jeżeli nie (wiadomo - nie wszyscy muszą palić papierosy), to skocz po nią do monopola. Pod żadnym pozorem nie zaopatruj się w zapałki. Są one przede wszystkim nieporęczne. Pamiętaj, że jednocześnie będziesz musiał pilnować kąta nachylenia butelki do płomienia, co z szybko spalającymi się zapałkami nie jest szczególnie proste. Nie trudno też w takim momencie o poparzenia. Popsułoby to całą zabawę z picia, a nie o to nam wszystkim chodzi.

Jeżeli kiedykolwiek zapalałeś znicz na cmentarzu, tudzież koktajl Mołotowa na stadionie, zdajesz sobie sprawę z tego, iż płomień musimy rozniecać "od spodu" (patrz: obrazek 3). W ten sposób unikniesz przypadkowego oparzenia. Pół minuty wystarczy, aby plastik stał się wystarczająco miękki. Na wszelki wypadek sprawdź to opuszkiem palca. Bez obaw. Tworzywo te szybko stygnie więc nieprzyjemne konsekwencje nie wchodzą w grę. Upewniwszy się, że dalsze przypalanie jest już zbędne, chwyć korek i pokręć nim w dowolnym kierunku. GOTOWE!
Teraz nie pozostaje Ci już nic innego, jak tylko napić się upragnionego wina. Smacznego!
Majter

27 Jan 2008
KOMIKS ROKU 2003 - MAGAZYN TIME... OSCAR W DRODZE?
26 Jan 2008
MESHUGGAH - OBZEN
Gdzie się podział ten młody metal? Żyje i ma się dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję. Od kilku lat przechodzę ostry kryzys muzyczny. Niby wszystko jest w porządku i ciężkie brzmienia wciąż podnoszą mój tyłek z kanapy, ale serce podpowiada, że coś się zmieniło. Najwidoczniej stałem się bardziej krytyczny. Nie wszystko przyjmuję już z taką łatwością. Są kapele, które nudzą mi się po kilku dniach, a kawałki przypadające innym do gustu nie porywają do tego stopnia, aby odpalić je ponownie. Całe szczęście istnieją jeszcze kapele zdolne do obudzenia mojej rockowej duszy. Należą do nich Opeth, Lux Occulta i... Meshuggah.

To chyba te matematyczne, mięsiste podziały sprawiają, że nie mogę oderwać się od muzycznej lektury serwowanej przez szwedzkich artystów. Nowa płyta nosząca nazwę obZen pozornie nie wnosi nic nowego do ich dyskografii, ale... no właśnie. Progresywne, rytmicznie wykalkulowane riffy nie nawiązują już tylko do wcześniejszych meshuggowskich patentów. Momentami jesteśmy w stanie usłyszeć toolopodobne bajery i zapewniam, że nie piszę tego tylko jako fanatyk Maynarda. Oprócz markowego, specyficznego dla kapeli ciężaru pojawia się również moment wytchnienia - przestrzenne, wyciszone partie, w odpowiednim momencie znakomicie miażdżone przez gitarową potęgę.
W sferze wokalu nie widać szczególnej ewolucji, co nie jest oczywiście zarzutem przeciw umiejętnościom Jensa Kidmana. Facet niezmiennie wykonuje wspaniałą robotę, zapodając nam ten sam, dobrze sprawdzony patent. Jego krzyk wciąż jest pełen energii. Jak żaden frontman czyni ze swojego głosu kolejny instrument, przy okazji dodając utworom jeszcze większej miazgi. Znakomicie mieści się w podziałach, które (tak! teraz będzie najmilsza niespodzianka) na najnowszej płycie wyłamując się z twardej matmy, stają się bardziej elastyczne.
Meshuggah - obZen to kawał dobrego mięska. Konkretna napierdalanka z ciekawymi aranżacjami. I chyba tego właśnie szukam przez cały czas w muzyce. Intensywności, ciężaru i pasji.
Majter

25 Jan 2008
KHEM... KHEM!
24 Jan 2008
KILKA SŁÓW O EGONIE...
Egon to psychol gorszy od niesławnego Lobo. W przeciwieństwie do niego ma zasady nadające jego zbrodniom niespotykany wcześniej sens i porządek. Jego obowiązkiem, a nawet misją jest ratowanie w jego mniemaniu wybrańców od ich szarej ezgystencji. Ze swojego zadania wywiązuje się wzorowo, a nawet jeśli napotka na swej drodze pewne perypetie, to pomocny w zwalczaniu ich jest całkowity brak uczucia bólu. Otaczający go świat pstrokacizny stanowi równie pogmatwaną szaradę rodem ze snów zmęczonego psychiatry co bohater serii. Śmierć stanowi grę, część humoreski oraz luźny rekwizyt dla ukazania pełni szaleństwa Egona. Wszystko to pokryte jest słodkim kremem lekkiej psychodeli, pełnej najwymyślniejszych, pastelowych kolorów oraz elementów świętokradczych. Ten komiks rani i obraża, a zarazem wsiąka w mózg niczym lektura Kaczora Donalda. Ewentualną ekranizację powierzam Burtonowi... ale tylko pod warunkiem, że w trakcie produkcji będzie mocno zjarany.
Majter

19 Dec 2007